{AKCJA} Fragmenty dla Was #2


„Już w tamtych czasach moi jedyni przyjaciele byli stworzeni z papieru i atramentu. W szkole nauczyłem się czytać i pisać znacznie wcześniej niż moi osiedlowi rówieśnicy. Tam gdzie moi koledzy widzieli czarne robaczki na niezrozumiałych stronach, ja dostrzegałem światło, ulice i ludzi. Słowa i misterium ich wiedzy tajemnej fascynowały mnie i były kluczem do świata bez granic, z dala od mojego domu, od ulicy i tych szarych dni, kiedy nawet ja miałem wrażenie, że nic szczególnego mnie nie czeka. Ojciec nie znosił widoku książek. Było w nich coś, poza literami, których nie potrafił odcyfrować, co go obrażało. Powtarzał mi, że kiedy skończę dziesięć lat, pójdę do roboty i lepiej będzie, jeśli wybiję sobie z głowy wszystkie te fanaberie, bo w przeciwnym razie czekają mnie same nieszczęścia i zdechnę z głodu. Chowałem książki pod materacem i czekałem, aż wyjdzie lub zaśnie, by zająć się czytaniem. Kiedyś nakrył mnie na czytaniu w nocy i wpadł w szał. Wyrwał mi książkę i wyrzucił ją przez okno. 

- Jeśli jeszcze raz zobaczę, że marnujesz światło, czytając te bzdury, to ciężko pożałujesz. 

Ojciec nie był skąpy i mimo biedy, w której żyliśmy, starał się dawać mi jakieś drobne, bym mógł, jak inne dzieciaki z sąsiedztwa, kupić sobie słodycze. Był pewien, że wydaje je na dropsy z lukrecji, pestki i cukierki, ale ja chowałem je w puszce po kawie i kiedy odłożyłem pesetę lub więcej, biegłem kupić książkę. „ *



„U moich stóp rozciągała się caluteńka Barcelona i ogarnęło mnie przekonanie, że kiedy będę otwierał te, od dziś moje okna, ulice miasta o zmierzchu będą mi szeptać opowieści i zdradzać tajemnice, żebym przechwycił je, uwięził na papierze i opowiedział każdemu, kto zechce ich wysłuchać. Vidal miał swoją wykwitną, magnacką wieżę z kości słoniowej w najwyżej położonej i najelegantszej części Pedralbes, otoczoną górami, drzewami i niebem, jak marzenie. A ja mogę mieć nieszczęsną wieżę wzniesioną nad najstarszymi i ponurymi ulicami miasta, otoczoną wyziewami i oparami nekropolii, nazwanej przez poetów i morderców Różą Ognia.

Tym, co mnie ostatecznie przekonało, było biurko stojące na samym środku studia. Na biurku, niczym ogromna rzeźba z metalu i światła, spoczywała imponująca maszyna do pisania marki Underwood. Dla niej samej gotów byłem zapłacić bez dyskusji żądaną za wynajem kwotę. Usiadłem w przystawionym do biurka marszałkowskim fotelu i uśmiechając się, przesunąłem opuszkami palców po klawiszach. 

-Biorę- powiedziałem. „ **



„Na pierwszy rzut oka książka stanowiła chaotyczny i bezsensowny zbiór tekstów i litanii. Był to oryginał, plik napisanych na maszynie kartek, oprawionych w skórę bez nadmiernej dbałości o sztukę introligatorską. Pogrążyłem się w lekturze i po jakimś czasie odniosłem wrażenie, że wyczuwam metodę w doborze zdań, pieśni i refleksji składających się na tekst. Język miał swoistą kadencję i to, co z początku wydawało się absolutnym brakiem struktury i stylu, z wolna przeradzało się w hipnotyczną pieśń, która stopniowo wprowadzała czytelnika w stan sennego bezruchu i utraty pamięci. To samo dotyczy treści, której szkieletu nie dostrzegało się aż do pierwszej części czy pieśni, dzieło zdawało się bowiem zbudowane na modłę archaicznych poematów, napisanych w okresach, gdy czasem i przestrzenią rządziły inne prawa. Wówczas zdałem sobie sprawę, że owa Lux Aeterna jest, z braku innych określeń, czymś w rodzaju księgi umarłych. 

Przebrnąwszy przez pierwsze trzydzieści, czterdzieści stron retorycznej żonglerki i zagadek, czytelnik zagłębiał się w precyzyjną i dziwaczną łamigłówkę modłów i oracji, coraz bardziej niepokojących, gdzie śmierć, ukazana czasem- w wierszach o kulejącej metryce- pod postacią białego anioła z oczami płaza, a czasem jako świetliste dziecko, była jedynym, wszechobecnym bóstwem objawiającym się w naturze, pragnieniu i kruchości istnienia. 

Kimkolwiek był ów enigmatyczny D.M., w jego wierszach śmierć jawiła się jako zachłanna i nieprzenikniona potęga. Bizantyńska mieszanka odwołań do przeróżnych mitologii, rajów i piekieł splatała się tu w niby spójną całość. Według D.M. istniał tylko jeden początek i jeden koniec, tylko jeden twórca i niszczyciel ukazujący się pod różnymi imionami, by wprowadzić ludzi w błąd i wystawiać na próbę ich słabość, jedyny Bóg, którego oblicze składało się z dwóch skrajnie odmiennych części: jednej, łagodnej i litościwej, a drugiej okrutnej i demonicznej. 

Tyle na razie mogłem wywnioskować, bo im dalej od tych pierwszych założeń, tym bardziej autor zdawał się dryfować bez celu i z wielkim już trudem udawało się rozszyfrować niektóre odniesienia i obrazy, pojawiające się w tekście na podobieństwo profetycznych wizji. Nawałnice krwi i ognia spadające na miasta i wsie. Armie umundurowanych trupów pokonujące bezkresne niziny i zostawiające za sobą spaloną ziemię. Infanci powieszeni na strzępach chorągwi u bram fortec. Czarne morza, gdzie tysiące dusz pokutujących dryfowało przez całą wieczność w lodowatych i zatrutych wodach. Chmury popiołu i oceany kości i zgniłego mięsa plądrowanego przez insekty i węże. Ciąg następujących po sobie piekielnych obrazów przyprawiających o mdłości. 

W miarę przerzucania kolejnych stron coraz bardziej upewniałem się , że krok po kroku przemierzam mapę chorej i nieszczęsnej wyobraźni. Autor, nieświadom tego, wers po wersie dokumentował swoje spadanie w przepaść szaleństwa. Ostatnia część książki zdała mi się prośbą zawrócenia z tej drogi, rozpaczliwym krzykiem z celi bezrozumu, wołaniem o wyjście z labiryntu tuneli wydrążonych przez bezsens w umyśle. Tekst dogorywał w połowie błagalnego zdania, bezzasadnie i bezlitośnie. 

Kiedy doszedłem do tych stron, nie potrafiłem już opanować senności. Przez okno wpadł podmuch bryzy napływającej znad morza i wymiatającej mgłę z dachów. Zamykałem już książkę, gdy zdałem sobie sprawę, że od jakiegoś czasu coś w maszynopisie, w jego wyglądzie, nie daje mi spokoju, jak piasek w trybach. Zacząłem od nowa przeglądać tekst. Już w piątym wersie trafiłem na pierwszą oznakę. Następne pojawiły się, co trzeci, zwarty wers. Jedna z liter, duże S, zawsze było nieco pochylone w prawo. Wyciągnąłem z szuflady czystą kartkę i wkręciłem do mojego underwooda. Wystukałem pierwsze zdanie. 

Stare dzwony Santa Maria del Mar uderzyły na trwogę.

Wykręciłem kartkę i przyjrzałem się jej w świetle lampki. 

Stare… Santa Maria

Westchnąłem ciężko. Lux Aeterna napisana została na tej samej maszynie do pisania- i dlaczego nie?- na tym samym biurku.”***


*”Gra Anioła”- Carlos Ruiz Zafón 39 str. (wydanie kieszonkowe)
**” Gra Anioła”- Carlos Ruiz Zafón 58 str. (wydanie kieszonkowe)
***” Gra Anioła”- Carlos Ruiz Zafón 167 str. (wydanie kieszonkowe)

8 komentarzy:

  1. Bardzo bym chciała przeczytać tę książkę, a fragmenty jeszcze bardziej zachęcają :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mmm... Ale fajne fragmenty... Muszę znaleźć tę książkę!

    OdpowiedzUsuń
  3. Muszę, po prostu muszę, w końcu przeczytać coś Zafona!

    OdpowiedzUsuń
  4. Jest jedna książka Zafona w mojej bibliotece, do której muszę się jak najszybciej dostać. :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo lubię Zafóna, przeczytałam prawie wszystkie Jego książki.

    OdpowiedzUsuń
  6. słyszałam o tej książce, fragment, który przytoczyłaś tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że warto po nią sięgnąć.

    zapraszam w wolnej chwili, u mnie obecnie wywiad
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  7. Dopiero niedawno zapoznałam się z twórczością Zafóna podczas lektury "Książę Mgły". Na mojej półce czekają jeszcze "Światła września", ale po "Grę anioła" sięgnę z pewnością.

    OdpowiedzUsuń
  8. Zafon zdecydowanie rządzi!

    OdpowiedzUsuń

Jestem wdzięczna za każdy Wasz komentarz i opinie. Dziękuję ;D

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...